Świat Wielkiej Szansy

Drukuj

Nie ma tu mowy o zetknięciu, styku czy nawet otarciu. Kultury dziś zderzają się ze sobą z gracją messerschmittów i efekt jest równie katastrofalny.

Być może zmierzamy w stronę świata tak zupełnie nowego i odmiennego, że dotychczasowe doświadczenia historii okażą się niewystarczające, aby go pojąć i móc się w nim poruszać. (…) Świat, w który wchodzimy, jest Planetą Wielkiej Szansy, ale nie szansy bezwarunkowej. (…) To świat, który potencjalnie wiele daje, ale i wiele wymaga, w którym próba łatwego chodzenia na skróty jest często drogą donikąd.

Ryszard Kapuściński w wykładzie „Spotkanie z Innym – jako wyzwanie XXI wieku” z 1 października 2004 roku nawiązywał choćby do filozofii Emmanuela Levinasa, XX-wiecznego myśliciela, który w swoim tekście z 1961 roku stwierdził: Reconnaître Autri – c’est donner. Uznać Innego – to dawać. Dawać przede wszystkim odpowiedź na tę Inność, odpowiedź na zachowania, poglądy i wygląd Innego, tak odmienne od naszych. A dając tę odpowiedź, możemy jednocześnie dać świadectwo i określić siebie – bo skąd mielibyśmy znaleźć do tego podstawy bez zewnętrznej skali? Tak jak głosi powszechnie znana prawda – bez ciemności nie można rozróżnić światła, bez zła nie można docenić dobra. Do tych truizmów dodać można jeszcze jedną oczywistą oczywistość, maglowaną od dziesiątek lat przez setki ekspertów – bez Innego nie ma Mnie. Bez Ty nie ma Ja. Bez Oni nie ma My.

To podobno wiedzą wszyscy. Problem w tym, nie że wszyscy w to wierzą albo to uznają.  Katastrofa następuje, gdy w dodatku decydują się tego nie praktykować. Bo w pewnym momencie rzecz rozbija się o konieczność podjęcia wysiłku, niezbędnego do – mniej czy bardziej metaforycznego – wyciągnięcia ręki, nawiązania dialogu, rozciągnięcia nici porozumienia. W pewnym momencie można dojść do wniosku, że przecież już zdążyliśmy na przestrzeni tysiącleci rozwoju cywilizacji zbudować swoją tożsamość, nie musimy jej wciąż na nowo konstytuować czy ustanawiać, przecież możemy sobie funkcjonować w hermetycznym środowisku… A tam od tych Innych, z dalekich i obcych krain, najwyżej brać co lepsze dobra i towary, a sprzedawać te, których nam zbywa.

I tutaj następuje zderzenie.

Bo bardzo chcielibyśmy wierzyć – my, zachodniocentryczni Europejczycy, w całej naszej wewnętrznej złożoności, a tak podobnie ułomnym spojrzeniu na Obcość – że można trwać w tym neutralnym styku, ograniczyć kontakty do kursów statków czy pociągów z towarami, że nawet ci, którzy zgłębiają języki i zwyczaje innych krajów, by nawiązywać intratne kontakty, robią to głęboko wierząc, że przybywają z krainy cywilizacji niosąc dar oświecenia na swych promienno jasnych twarzach. A jednak się nie da. Bo statki pływają coraz szybciej, sieć kolejowa się rozrasta, rozwijają się środki transportu, coraz więcej osób zna języki i podróżuje, w końcu pojawia się nowoczesna komunikacja, dzięki której najpierw można usłyszeć, a potem zobaczyć, wieści ze wszystkich stron świata. I nie tylko my z tych dobrodziejstw korzystamy, nie tylko my przybywamy do Innych, ale też Inni przybywają do nas. Czasem zostają. I przywożą ze sobą tę właśnie nieoświeconą, obcą kulturę, która brutalnie zderza się z naszym przeświadczeniem o własnej jedynosłuszności, prawomocności i – nazwijmy to wprost – wyższości.

Nie uprawiam tu odwróconego rasizmu, nie piętnuję wyżej wspomnianych zachodniocentrycznych Europejczyków, do których przecież samą siebie zaliczam. Opisuję mechanizm cechujący każdą dużą zbiorowość kulturową, która w procesie mylnego procesu myślowego zrównała budowanie własnej tożsamości z negacją zasadności istnienia jakichkolwiek tożsamości odmiennych. Obecnie, z perspektywy tego nowego świata z wypowiedzi Ryszarda Kapuścińskiego, nie możemy przecież przyznać słuszności polityce japońskiego izolacjonizmu trwającego do końca XIX wieku czy obserwowanej obecnie szarży islamskiego fundamentalizmu zakładającego eliminację szkodliwych okcydentalnych wpływów. A jednak musimy przyznać, że sami jesteśmy sobie winni. Bo najeżdżając, kolonizując, nawracając i cywilizując na siłę kolejne kraje przez kolejne stulecia, wygenerowaliśmy tę wrogość. Budując bariery ze strachu przed nieznanym, nauczyliśmy tego również Innych.

Teraz mamy szansę na rehabilitację. Zyskaliśmy swoją Wielką Szansą, ale żeby ją wykorzystać, znów pojawia się zasadnicza przeszkoda – trzeba podjąć wysiłek. Wyciągnąć rękę. Nawiązać dialog. Rozciągnąć nić porozumienia. Trzeba zderzyć się z Innymi i dać świadectwo swojemu Ja. I nie chodzi tu tylko o porozumienie ponad granicami, oceanami czy górami, bo obcość i inność to pojęcia również jednostkowe. Każdy z nas jest Inny w grupie współpracowników czy studentów, bo każdy jest przecież swoim własnym Ja. Jesteśmy Innymi podczas weekendu w obcym mieście, jesteśmy Innymi, gdy dyskutujemy o sensowności kolejnych państwowych reform z rodzicami czy dziadkami, jesteśmy Innymi, gdy słyszymy, że ktoś nas nazywa gorszymi od tych pozostałych Innych, którzy siłą rzeczy muszą być zatem lepsi.

W moim dziwnym kraju wrogość zjada się na niedzielny obiad razem z rosołem i schabowym. Przynosi się ją z kościoła, ze sklepu, ze szkoły. Wrogość płynie z telewizji, z forów internetowych, z portali społecznościowych. Bardzo lubimy się dzielić i różnić – a właściwie rozróżniać, żeby przypadkiem nie było wątpliwości kto stoi po której stronie barykady. Mamy tę głęboką potrzebę, by zaznaczać swoją polskość w kontrze do wszystkiego wokół, bo wszystko nas przecież zdążyło na przestrzeni naszych burzliwych dziejów skrzywdzić i zawieść. Tak bardzo nam smakuje ta wrogość, że przenosimy ją i wewnątrz własnych granic, dzieląc osiedla, ulice, domy, pochody, w końcu nas samych dzieląc według różnych kryteriów, w których zawsze i tak chodzi o to, że ktoś jest Inny od kogoś Innego, więc staje się tym złym. I vice versa.

Stąd właśnie idea Zderzenia Kultur – by zacząć rozmawiać.

O tej Inności, która Nas konstytuuje; o tej Inności, która nas oburza i przeraża, wobec której czujemy wyższość, bo nie potrafimy jej pojąć; o tej Inności, która odróżnia nas od naszych najbliższych znajomych czy rodziny, od ludzi mijanych na ulicy, o takim samym przecież kolorze skóry i mówiących tym samym językiem. Zderzenie Kultur jest po to, żeby zrozumieć, że Inny nigdy nie jest gorszym. I żaden z Nas, ani Ja, ani On, nie będziemy w stanie w pełni być Sobą, jeśli nie nauczymy się – po prostu, banalnie – z szacunkiem różnić.

Powtarzajmy te truizmy, a może uda nam się kolejnej wielkiej katastrofy, tak dla odmiany, wspólnie uniknąć.

~ Oliwia Kacprzak


Na cykl spotkań pod hasłem „Zderzenie Kultur” zapraszam w każdy poniedziałek o godzinie 18:00 do klubokawiarni 6. dzielnica na Piotrkowskiej 102 w Łodzi. Pierwsze spotkanie pod hasłem Dlaczego kochamy nienawidzić? – czyli do czego potrzebni nam są obcy” już 14 marca. W każdy wtorek na blogu zderzeniekultur.liberte.pl pojawiać się będzie wideorelacja z dyskusji.

Czytaj również